“cuda” na kolędach…

Opublikowany

Kolędy to dla każdego księdza czas intensywnej pracy, pracy ducha. To nie tylko poznania miejsca w którym żyją jego owieczki, ale też i czas poznawania samych owieczek. Oczywiście te przysłowiowe „5minut” nie wystarczy, ale zawsze jest jakimś zaczynem, jakimś preludium do czegoś więcej.

Jak wyglądają kolędy? Są różne tak jak różni są ludzie. Podstawą jest rozmowa. A ona czasem się klei a czasem nie. Gdy ksiądz tylko otrzymuje zdawkowe odpowiedzi a potem następuję długa pauza to raczej czuje on, że dłuższej konwersacji nie będzie. Bo sam ze sobą rozmawiał nie będzie… A czasem zdarza się odwrotnie, że w bardzo miły sposób prowadzi się dialog z wieloma pytaniami na temat życia, Kościoła, wiary i Boga. Słyszy się tę niesamowitą troskę i odpowiedzialność za Kościół, rodzinę parafialną. Znajdzie się też zawsze kilku „filozofów”, którzy za wszystko i do wszystkich mają pretensję, szczególnie do Kościoła, ci zazwyczaj z Kościołem wspólnego nic nie mają, więc szkoda, że tracą okazję do tego, ażeby siedzieć cicho…

„Pani sama tu? Tak, mąż w pracy, syn u dziewczyny, córka na studiach. To proszę ich serdecznie pozdrowić”. Wychodzę i niestety nie tymi drzwiami, którymi przyszedłem. Pomyłka prowadzi mnie do jakiegoś pokoju, a tam na kanapie…cała rodzina. „Szybko wrócili” – mówię. Kobieta robi się czerwona i odbiera jej mowę. Myślę sobie: po co te kłamstwa, przecież nikt na siłę księdza przyjąć nie musi. Po co taka zabawa w „kotka i myszkę”? W innym domu „tata zamknięty w łazience”, chwali się dziecko itp.

„Dziś proszę księdza nie jesteśmy przygotowani, może innym razem?”. Może… a co trzeba wiele przygotowywać, w sumie nic, ważne by ksiądz wszedł, pomodlił się i wyszedł… Ot tyle, widać za dużo…

„My proszę Pana już się nie bawimy w takie rzeczy”- mówi do mnie dumnie kobieta. Hmm, przecież wiecznie żyć nie będą, po co się wtedy „bawić w katolickie pogrzeby”?

„A państwo już tyle lat razem mieszkacie i bez ślubu, przecież nie ma żadnych przeszkód, a kolejne dziecko w drodze. W czym tkwi problem…?” Cisza, po chwili „mądra” odpowiedź, „to jest nasze życie, wierzymy po swojemu”. Owszem wasze i wasza odpowiedzialność, więc jak jesteście nie wierzący to do nas po chrzest nie przychodźcie, ochrzcijcie „po swojemu”, bo sakramenty są dla wierzących, a nie myślących magicznie.

„A witamy księdza Proboszcza (od 4lat jestem tu wikariuszem), ksiądz tu nowy tak, bo księdza pierwszy raz widzę, zawsze (!) był. Ks. Maciej (był3lata, nie ma go od 5)” Nie wiem czy się śmiać czy płakać…

I jeszcze wiele innych „kwiatków”. To nie są moją „gorzkie kapłańskie żale”, nie, chce żebyście wiedzieli jak to wygląda czasem „od kuchni”. I że czasem ksiądz też ma dość. Jednak dzięki Bogu jest wielu ludzi wierzących naprawdę, na serio traktujących Boga, i Kościół, i księdza. I to cieszy i daję siłę! Jak powiedział nasz kochany papież Benedykt XVI: „Bez Boga człowiek nie wie, dokąd zmierza, i nie potrafi nawet zrozumieć tego, kim jest”. To święta prawda…