klerycy…

Opublikowany

W ferworze kapłańskich obowiązków udało mi się dzisiaj odwiedzić moich znajomych kleryków i tym samym na chwilę wrócić do mojego pelplińskiego seminarium, gdzie 6lat mieszkałem “w domu Pana”, mając GO tuż za ścianą. Tutaj na wszystko był czas, czas dobrze zorganizowany przez regulamin dnia, zazdroszczę im tego czasu, tego “spokoju”, spacerów po ogrodzie, różańców po krużgankach, przespanych studium, kaw wspólnie wypitych, głupich kleryckich wybryków ( a jakże!), droczenia się z profesorami, śpiewania pod prysznicem i rozmów na wcale nie takim świętym silentium.

Cieszę się nimi. Widzę jak rosną Panu Bogu, jak dojrzewają z roku na rok, jak ich serce się rozszerza i uśmiech także. Jak utwierdzają się w obranej drodze. Trudnej, niezrozumiałej przez świat, a zarazem fascynującej , wciągającej, wołającej o więcej. Patrząc na nich wiem, że tą będą dobrzy kapłani, ludzcy, serdeczni, normalni. Nie skleszeni, nie napompowani, nie wyniośli, bo Jezus taki nie był i o takich nie marzy. W oczach każdego w nich widzę to “Jezusowe coś”, widzę młodego mężczyznę, który się rwie do ludzi z miłością i nadzieją, który chce im zanieść Jezusa , a nie siebie. Takich dzisiaj potrzeba pasterzy. Bo jak pisał Twardowski: “bez miłości to wszystko psu na budę”.

Pomódlcie się dzisiaj za Kamila, Pawła, Patryka i Radka, aby łaską Boża w nich pracowała i prowadziła. Bliscy są memu sercu, Waszemu też niech będę, bo przecież każdemu z nas leży na sercu Kościół. Ale ten prawdziwy, Jezusowy, ewangeliczny, nie rozcieńczony w tanim i fałszywym miłosierdziu, reklamujące się “w owczej skórze”, zamknięty w sobie, hipochondryczny. Kościół, którego nic ani nikt nie przemoże…