nasze “trądy”…

Opublikowany

Gdy wchodził do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami. Na ich widok rzekł do nich: Idźcie, pokażcie się kapłanom. A gdy szli, zostali oczyszczeni. Wtedy jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony, wrócił chwaląc Boga donośnym głosem, upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu. A był to Samarytanin. Jezus zaś rzekł: Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec. Do niego zaś rzekł: Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła.

Każdy z nas niesie w życiu swój “trąd”, jest naznaczony takim czy innym grzechem, nie jesteśmy czyści, nikt z nas. Tego “trądu” nie idzie wymazać, wydrapać o własnych siłach. Nie radzimy sobie ze sobą i z tym przeklętym “stygmatem”, który ściąga nas w dół, wstydzimy się siebie, może nawet w lustrze nie potrafimy spojrzeć sobie w twarz. Czy jest na to antidotum? Owszem jest, to jest Jezus. Co trzeba zrobić? Wystarczy przyjść ze swoim “trądem” do Niego, i tylko do Niego. Samo spotkanie z Nim naznaczone wiarą i głębią przemienia. On bierze na Siebie nasz “trąd”. Jezus uzdrawia. Ewangelia uzdrawia. Miłość uzdrawia. Kto by nie chciał pozbyć się tego “świństwa” i skakać z radości uzdrowienia? Całowalibyśmy Go po rękach…Dziś Jezus w Ewangelii daje tego przykład. Uzdrawia “grupowo”, że tak się wyrażę, ale tylko jeden wraca podziękować. Smutne to. Spotykając Jezusa zgubili trąd. Tych biednych “dziewięciu” nie doznało całkowitego uzdrowienia, oni byli chorzy na “niewdzięczność”. A ona jest jakby klamrą spinającą uzdrowienie. Tylko jeden, na dodatek “nie swój”, bo cudzoziemiec, wrócił… Wrócił by powiedzieć zwykłe “dziękuję”, które wyrażało pokorę i radość z otrzymanego daru. A jak to bywa w moim życiu?