Szaflarska o ks. Jerzym…

Opublikowany

To było moje nawrócenie

Poznali się niebawem po wprowadzeniu stanu wojennego. W 1981 r. Szaflarska została wydelegowana przez Prymasowski Komitet Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i Ich Rodzinom do obserwowania procesów aresztowanych robotników Ursusa i Huty Warszawa. W sądzie usiadł obok niej młody, drobnej postury człowiek w dżinsach. To był ksiądz Jerzy. Nie była zachwycona, bo nie lubiła księży.

– Jestem ksiądz Popiełuszko. Może pójdziemy na kawę? – zaproponował i uśmiechnął się łagodnie. Od tej pory już na każdej rozprawie siedzieli obok siebie, a wspólna kawa stała się rytuałem.

Danuta Szaflarska zaprzyjaźniła się z księdzem Jerzym Popiełuszką. Zjawiła się w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu, gdy były odprawiane Msze św. za Ojczyznę. Przyznała się wtedy, że przychodzi z przyczyn politycznych, bo jest niewierząca, ale może czytać wiersze, wyłącznie w formie politycznego protestu. Od tego czasu widywali się właściwie prawie codziennie.

Kiedyś zapytał ją, czy che się wyspowiadać Miała wątpliwości, jak zrobić to po 40 latach. Wtedy ks. Jerzy stwierdził: – Hurtem łatwiej. Szaflarska stwierdziła, że spowiedź była piękna, podobnie jak pokuta. Zawsze gdy przechodziła koło pustego kościoła, wstępowała na chwilę: – To było moje nawrócenie – mówiła.

Dwa razy uratował mi życie

Ks. Jerzy dwa razy uratował jej życie. Raz – kiedy miała zawał i leżała na stole operacyjnym. Gdy sytuacja zaczęła się komplikować, dostała bólu zamostkowego, a ciśnienie dramatycznie spadało, poprosiła: – Jerzy, pomóż mi, ratuj.

I ratunek przyszedł. – Na salę wszedł lekarz z innego piętra i podał jej lek w aerozolu, którego szpital jeszcze wówczas nie miał. Stan się wyrównał, chirurg mógł dokończyć operację. Pytała później lekarza, dlaczego to zrobił, dlaczego zszedł z drugiego piętra i przyszedł na salę. Powiedział: “Nie wiem dlaczego, nikt mnie nie wołał, zszedłem” – opowiadała aktorka.

Za drugim razem aktorkę napadło trzech mężczyzn, dusili ją, mówiła, że cudem uniknęła twedy śmierci. Czuła wówczas obecność kogoś przy sobie i było jej z tym dobrze.

Poczula wtedy nieziemskie szczęście: –  Kiedy w pełni to sobie uświadomiłam, ten ktoś zaczął się oddalać. Wiem, że to był ks. Jerzy. Nikogo nie widziałam, ale czułam tę obecność – wyznała Szaflarska. Policjanci nie wierzyli, że przeżyła.

Mam ciągły kontakt z Jerzym

Całą rodziną zaprzyjaźnili się z ks. Jerzym. Dawał ślub jej córce, ochrzcił wnuka. Dwukrotnie ks. Popiełuszko przyjeżdżał do Kosarzysk odpocząć w jej domu. Pytał, czy może przyjechać na Boże Narodzenie. Ale nie przyjechał. W październiku go zamordowali.

– Przyślij mi aniołki, niech podtrzymują skrzydła, byśmy nie spadli – mówiła Szaflarska do księdza Jerzego przed każdym lotem samolotem. Uważała też, że wszystkie role, jakie w ostatnim czasie otrzymała, to też jego zasługa, bo ks. Jerzy jej pomaga.

Danuta Szaflarska zastanawiała się na co i komu jest jeszcze potrzebna. Sama sobie odpowiedziała, że chyba ludziom: – Żeby się śmiali. Albo wzruszali. A może, by pomyśleli sobie czasem o braku miłości w życiu. Szesnastoletni chłopak napisał właśnie do mnie, że obejrzawszy mój film, zaczął się nad tą kwestią zastanawiać… To sprawka Jerzego.

za: deon.pl

 

Jerzy…

Opublikowany

To było 33 lata temu. Nie było mnie jeszcze na świecie. Polska wstrzymała oddech, gdy usłyszano zdawkowo w wiadomościach, że zmasakrowane ciało ks. Jerzego Popiełuszko odnaleziono w zalewie wiślanym koło Włocławka. Przeżył tylko 37 lat, jak mówi Księga Mądrości: „Wcześnie osiągnąwszy doskonałość, przeżył czasów wiele. Dusza jego podobała się Bogu, dlatego pospiesznie wyszedł spośród nieprawości. A ludzie patrzyli i nie pojmowali (…)”

Komu przeszkadzał zwykły, prosty i skromny ksiądz nie bojący się nikogo, prócz Boga? Wróg numer jeden… Bali się go jak „diabeł święconej wody”, bali się jego słów, kazań, a te były tylko przypominaniem Ewangelii. Jednak kaci widzieli w tym tylko „seanse nienawiści”, paradoksalnie tej  swojej nienawiści, która uśmierciła wtedy niejednego „wroga systemu”. Do dzisiaj mający się dobrze, nierozliczeni z tej śmierci, odbierający sowite emerytury. TAM też odbiorą swoje należne „emerytury”. Jak mówi Izajasz: „Oto mam przed sobą zapisane [wszystko]. Nie spocznę, dopóki im nie odpłacę, <a odpłacę im pełną miarą> za ich winy i za winy ich ojców, za wszystkie razem, mówi Pan (…)”

Przyjaźnie się z Jerzym (wybaczcie tę poufałość) odkąd pamiętam. On mnie zawsze inspirował, fascynował, był autorytetem. W seminarium ta przyjaźń się pogłębiła. Trwa do dziś. On jest obok mnie, czuję to w każdej chwili, szczególnie tej trudnej. Na moim ołtarzyku w pokoju wiernie stoi relikwiarz z Jego krwią. Przypomina mi, że kapłaństwo to tracenie krwi… każdego dnia, że kapłaństwo to… męczeństwo. To trud, jakże piękny! Jerzy do końca pozostał ludzki, jak mawiał, nie chciał dać się „skleszyć”. Za to Go kochali. W konfesjonale mam z Nim obrazki, które rozdaje po spowiedzi. „Wciskam” im ks. Jerzego, bo wiem, że jak on „wciśnie” się między ich życie to będzie dobrze.

Módlmy się o kapłanów na miarę Jerzego. Takich ludzkich, zwyczajnych, kochających, takich „do rany przyłóż”.