dla świeckich ;)

Opublikowany

Ile razy mieliśmy odwagę wziąć na serio wezwanie: Przyjdź, Duchu Święty? Czy życzyliśmy sobie, żeby nas stworzył na nowo? Kto odważa się życzyć sobie aż tyle? Kto wzbudza pragnienie tak bulwersującej obecności? Kto do tego zmierza umyślnie, z potrzeby serca?

Potrzebujemy dowartościować nasze codzienne, monotonne życie, z którego tak mało jesteśmy zadowoleni, to życie, na które nigdy nie umieliśmy popatrzeć jako na święte, jako na miejsce, w którym Bóg zawsze chce nas spotykać. Trzeba uwierzyć w wartość świętości tego, co inni nazywają życiem ziemskim. Oto na czym powinna polegać duchowość ludzi świeckich.
Większości z nas brakuje dumy i radosnej świadomości, że jesteśmy powołani do służenia Bogu tam, gdzie się znajdujemy od rana do wieczora. Nie brakuje nam energii: przecież dzielnie i zawzięcie pracujemy. Niekiedy aż za bardzo! Ale bez radości. Znudzeni obowiązkami, które uważamy za czysto świeckie, staramy się uciekać przed naszym wstydliwym pogaństwem przy pomocy wysiłków dzielenia czasu na pracę, modlitwę i odpoczynek. Miotamy się między skrajnościami. Żeby nie stracić wszystkiego, staramy się ocalić, ile się da. To dlatego cała nasza “religijność” pozostaje marginesem naszego życia – naszego zawodu, trudu, naszych trosk i naszego cierpienia.
Kiedy człowiek świecki – jak mu się wydaje – zaczyna bardziej wierzyć, próbuje marzyć o życiu klasztornym, zezuje okiem na zakonników, kopiuje ich sposób życia, oczekuje chwili, w której będzie mógł wieść w spokoju religijne życie wdowców i rencistów, w pobożnym wolnym czasie.

Większość ludzi świeckich nie docenia swojego powołania. Nie rozumieją, że Bóg potrzebuje ich tam, gdzie są, aby kontynuować swoje dzieło w świecie; że On liczy na nich, aby dokończyć dzieło uświęcania świata! Chce im powierzyć tę pracę, te dzieci, tych mężczyzn, te kobiety, te obowiązki. Każdy z nas jest jakby mądrym i roztropnym zarządcą, którego Mistrz ustanowił nad pewnymi Jego dobrami i Jego sługami, aby rozdzielał każdemu żywność w odpowiednim czasie.
Wyobraźmy sobie, że Bóg potrzebuje kogoś w miejscu, gdzie teraz jest: aby pokierować tym dzieckiem, aby pocieszyć tego mężczyznę, tę kobietę, aby dokończyć tę pracę, aby objawić Jego miłość. Czy mógłby to zrobić sam? Bez zwracania się do was? Bóg mógłby zrobić wszystko sam, lecz On chciał, aby świat był niedoskonały! Bóg chciał wziąć ludzi do pomocy. Bóg chciał, abyśmy mieli uczestnictwo w Jego dziele. Dokonacie większych rzeczy niż Ja.
Bóg chciał takiego porządku, w którym zawsze On razem z człowiekiem może dokonać więcej niż Bóg sam. Posłał nas. Jeśli nie odpowiemy na to, czego On od nas oczekuje, nasza misja skończy się niepowodzeniem. Czy zapytał nas o zdanie? Nie, On ukochał nas do tego stopnia. Zaufał nam. Wiedział doskonale, że trzęślibyśmy się ze strachu, gdyby nas zapytał o zdanie. A więc powiedział: postanowiłem ich posłać. Dobrze zrobią, jeśli się zgodzą. Ja będę z nimi. Dobrze zrobią, jeśli będą się cieszyć razem ze Mną…

On nam zaufał. Powierzył nam swoją pracę i oczekuje, że ją wykonamy. Potrzebuje was, ludzi świeckich, aby objawić swoją czułość, wierność, dobroć, cierpliwość. O, gdybyście mogli to wiedzieć!
Jezus nie będzie mógł oddać Ojcu całej chwały, jaką chciałby Mu oddać, jeśli mu w tym nie pomożecie. Kto nie byłby bardziej szczęśliwy i bardziej dumny wiedząc, że On wybrał właśnie jego, by kontynuował Jego dzieło? W czasie Prefacji powtarzacie codziennie: Zaprawdę godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, abyśmy zawsze i wszędzie Tobie składali dziękczynienie… Czy jest coś, co nie jest godne i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, abyście Mu składali dziękczynienie tam, gdzie jesteście? To wasze zadanie, wasza misja w świecie. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata”(J 17, 15).
Powiecie, że to niemożliwe. Skoro powinienem wierzyć, że Bóg mnie kocha, muszę wierzyć, że On specjalnie umieścił mnie tam, gdzie jestem. Krzyknijmy z radości wobec tego uhonorowania, jakie nam wyświadczył: nigdy nie odważylibyśmy się marzyć o tak głębokim braterstwie z Jezusem.
Trzeba pracować, działać… Mój Ojciec działa aż dotąd, i Ja działam. Zamiast próbować się wykręcić z waszych obowiązków, lepiej spójrzcie: Chrystus jest w nich, i oczekuje, że Go w nich odkryjecie, by pomogły wam się rozwinąć. Jakości naszej religijności nie mierzy się ilością przyjętych przez nas Komunii ani długością naszych modlitw. Musimy jeść, aby żyć, lecz nie żyć, aby jeść. Ukierunkujcie wasze życie na miłość, a nie na cnotę religijności. Waszym prawdziwym wyznaniem wiary jest wysoka jakość zawodowa i rodzinna.

Zniechęca was nieznajomość tej misji. Iluż dobrych chrześcijan, których znałem, modli się bez skutku najwyżej dziesięć minut dziennie. To dlatego, że ich praca nie jest tożsama z ich modlitwą. Modlą się poza pracą i pracują poza modlitwą. Otwierają równoległe szuflady. Nie dochodzą do wniosku, że ich chrzest stanowi powołanie do misji o wiele ważniejsze niż powołanie do praktyk religijnych. W ich chrześcijańskim powołaniu brak im wiary: Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, który napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na wyżynach niebieskich – w Chrystusie. W Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli, ku chwale majestatu swej łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym (Ef 1, 3-6).
Tak naprawdę, nie szanujemy Boga, jeśli nie szanujemy własnego życia. Nie kochamy Boga, jeśli nie kochamy Jego woli. Układ obowiązków zawodowych ujawnia prawdziwy układ obowiązków religijnych. Wielką przeszkodą dla naszej świętości jest nierozpoznanie naszej misji. Nasze życie przestało być życiem świeckim, od kiedy zostaliśmy ochrzczeni. Stało się kultem, liturgią, oficjum, apostolatem.
Liczy się nie rodzaj misji, jaką mamy, ale świadomość, że ją mamy. Mówienie do siebie: Bóg jest ciągle ze mną. Bóg mnie posyła – w miejscu, w którym jestem. Ktoś, kto sądzi, że sam wybrał dla siebie własne życie, jest samotny, smutny i odizolowany. Ten jednak, kto wie, że Bóg wybrał dla niego i powierzył mu to, co ma codziennie do zrobienia, ten pozostaje ciągle w Bogu, jak Syn.
Im bardziej będziemy rozważać nasze działania wyłącznie z ludzkiego punktu widzenia, tym bardziej będziemy się nieustannie miotać pomiędzy najgłębszym naiwnym entuzjazmem a najbardziej gorzkim rozczarowaniem. Jezus jednak przyszedł, żeby nam oznajmić “te sprawy”, aby Jego radość i Jego pokój opanowały i połączyły to wszystko.
Nasze życie rozjarzy się dumą, wdzięcznością i radością, jeżeli odnajdziemy w nim ponownie pragnienie i nadzieję, że Bóg nas wysłucha.
Ite, Missa est. Zakończeniem każdej z Mszy św. winno być rzucenie nas w świat jak podczas Zesłania Ducha Świętego.

za: deon.pl

świadectwo – 30.01.06

Opublikowany

Chodzę na Msze o Uzdrowienie od kwietnia zeszłego roku i nie od początku wierzyłam w ich moc. Na początku nawet nie wiedziałam w jakiej intencji przychodzę nie umiałam nazwać swoich potrzeb. W październiku dowiedziałam się o chorobie mojej przyjaciółki, miała torbiel na jajniku (podejrzenie raka), miała wyznaczony termin operacji na 24 stycznia. Od tego momentu modliłam się w jej intencji podczas zmawiania Różańca, no i już miałam intencje na Msze o
Uzdrowienie. Szczerze się przyznam, że miałam małą wiarę w to, że zostanie uzdrowiona, ale stało się. Tydzień przed wyznaczonym terminem pojechała do Gdańska na USG i lekarz powiedział, że torbiel (wielkości pomarańczy), wchłonął się i nie będzie konieczna operacja. Doktor stwierdził, że to cud, bo Ona żadnych lekarstw nie brała. CUD!!! Dla mnie najpiękniejsze słowo, bo sama tego cudu doświadczyła przed trzema laty. Dlatego zmobilizowałam się i piszę.
Doświadczyłam jeszcze jednego CUD, moja koleżanka, która ma bardzo rzadką chorobę perlak, miała mieć w grudniu operację i w jej intencji też się modliłam podczas Mszy i nie tylko. Nie miała operacji, lekarz powiedział:”Rodzonej matce bym nie robił operacji, tak wszystko się wchłonęło”. Koleżanka mówiła, że to CUD. I ja w to teraz wierzę z całego serca.
Bóg jest WIELKI. Amen

msza swięta z modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie

Opublikowany

Kochani,
już jutro, 30 stycznia 2016 roku zapraszam na mszę świętą o uzdrowienie i uwolnienie, która odbędzie się o godz.19.00 w parafii św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Starogardzie Gdańskim.

Po mszy świętej egzorcyzm oleju i soli (zabieramy ze sobą). Można przynosić zdjęcia bliskich, którzy chorują, również za nich będziemy się modlili.

Bóg uzdrawia dziś…

być ścierką Boga…

Opublikowany

Kościół dzisiaj wspomina błogosławionego biskupa Jerzego Matulewicza. I dziś w “Godzinie czytań” w brewiarzu jest przepiękny tekst jego autorstwa. Zacytuję go ponieważ nie każdy ma możliwość odmawiania brewiarza. A księża mają wręcz obowiązek tejże modlitwy.
Oto on: ” Jeśli wolno prosić, to daj, Panie, abym w Twoim Kościele był jak ścierka, którą wszystko wycierają, a po zużyciu wyrzucają gdzieś w najciemniejszy, ukryty kąt. Niech i mnie tak zużyją i wykorzystają, aby tylko w Twoim Kościele przynajmniej jeden kącik był lepiej oczyszczony, aby tylko w Twoim domu było czyściej i schludniej. Niech mnie potem rzucą gdziekolwiek, jak tę brudną, zużytą ścierkę. Daj, bym został wzgardzony, bym się zdarł, zużył, byle tylko Twoja chwała rosła i rozszerzała się, bylem się przyczynił do wzrostu i umocnienia Twojego Kościoła. Dozwól mi, abym mógł pracować i cierpieć dla Ciebie i Twojego świętego Kościoła, i jego widzialnej głowy – Ojca świętego”. Rozwala co? Modlić się o to by być ścierką samego Boga? Niepojęte prawda? Jaka wielka pokora tego biskupa.
Pamiętam kiedyś jakiś biblistą tłumaczył, że Jezus stał się jak ścierwo tego świata. Mocne. Byłem wtedy zgorszony. Ale dziś widzę, że to prawda, że tak było i tak nadal jest. Jezus zciera bród tego świata. Staje się kimś, kto chce ten świat oczyścić z niesamowitego syfu. A my często wzdrygamy się na samo słowo. Nie chcemy być ścierą w tym świecie. Chcemy być jedwabiem, błyszczącym, przyciągającym, kosztownym, nie chcemy się pobrudzić. Unikamy najmniejszego pyłku. A przecież wychodząc naprzeciw człowieka nie możemy zakładać, że się nie ubrudzimy. Bród trzeba wliczyć w “koszty” spotkania, działania. Jak damy siebie cali, wielu ludzi nas zużyje, wzgardzi nami, odejdzie, obsmaruje fekaliami paskudnych słów, plotek, przedstawi w krzywym zwierciadle itd. Nie trzeba wyjaśnień, tłumaczeń, ON WIDZI. I to powinno nam wystarczyć. Zgodzić się na bycie ścierką, ścierką w ręku Boga, bo to wielkie wyróżnienie, to zaszczyt.

umiłowany, wyjątkowy…

Opublikowany

Paweł, z woli Boga apostoł Chrystusa Jezusa, /posłany/ dla /głoszenia/ życia obiecanego w Chrystusie Jezusie, do Tymoteusza, swego umiłowanego dziecka. Łaska, miłosierdzie, pokój od Boga Ojca i Chrystusa Jezusa, naszego Pana! Dziękuję Bogu, któremu służę jak moi przodkowie z czystym sumieniem, gdy zachowuję nieprzerwaną pamięć o tobie w moich modlitwach. W nocy i we dnie pragnę cię zobaczyć – pomny na twoje łzy – by napełniła mnie radość na wspomnienie bezobłudnej wiary, jaka jest w tobie… Z tej właśnie przyczyny przypominam ci, abyś rozpalił na nowo charyzmat Boży, który jest w tobie przez włożenie moich rąk. Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia. Nie wstydź się zatem świadectwa Pana naszego ani mnie, Jego więźnia, lecz weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według mocy Boga!

Tymoteusz był bliski sercu świętego Pawła. Był jego współpracownikiem. Św. Paweł wybiera go na swojego ucznia i towarzysza, potem niejednokrotnie będzie wysyłał Tymoteusza w trudne i poufne misje jako swego zaufanego ucznia. Cieszył się Tymoteusz, jak nikt inny, wielkim zaufaniem Pawła. Kwitła między nimi przyjaźń. Samo to jak Paweł nazywa Tymoteusza – bratem, synem umiłowanym – świadczy o bożej miłości między nimi. Przyjaźń pozwala im wzrastać w wierze i być blisko Boga, daje im pole manewru do działania na chwałę Pana, pozwala nawzajem mobilizować się, dodawać otuchy. Również nastawia ich na trudy i przeciwności w tejże drodze. One będą sprawdzianem prawdziwości przyjaźni z Jezusem i sobą nawzajem. Bez nich Ewangelia byłaby niemożliwe, mało autentyczna, wybrakowana. Trudy pomagają docenić wartość tego, co się robi. I podobnie w naszym życiu. Mamy swoich “umiłowanych uczniów”. Tych, których darzymy szczególną miłością, tych, którzy są bliżsi naszemu sercu aniżeli inni. I to jest normalne, ludzkie. I normalne jest również to, że na tej drodze pojawią się ludzie złej zazdrości, którzy będą próbowali zabrać pokój serca, a może i nawet skłócić, poróżnić. Jeśli to jest Boże, to przetrwa. To, co prawdziwe zawsze przetrwa… Lepiej mieć jednego przyjaciela, a z prawdziwego zdarzenia, niż wielu psudo-przyjaciół pokrytych obłudą, którzy ci słodzą, ach-och, a nawet traktują jak “bożka”, a potem, gdy nie spełniasz ich oczekiwać to się obrażają, a nawet próbują szkodzić, niszczyć. Ktoś mi napisał kiedyś mądrego sms-a: “Posiadanie miliona znajomych nie jest cudem. Cudem jest mieć kogoś, kto stanie obok ciebie, gdy milion innych będzie przeciw tobie”. Św. Paweł spotkał ten ziemski “cud”, a Ty?

On wybiera…

Opublikowany

Jezus wyszedł na górę i przywołał do siebie tych, których sam chciał, a oni przyszli do Niego. I ustanowił Dwunastu, aby Mu towarzyszyli, by mógł wysyłać ich na głoszenie nauki, i by mieli władzę wypędzać złe duchy.

A jak to było z księdza powołaniem? – często pytają ludzie. Czy ksiądz od maleńkiego czuł powołanie? Już wtedy chciał zostać księdzem? Wtedy żartobliwie odpowiadam, że mama mówiła mi zawsze “ładna miska jeść nie daje”. To sobie myślę, jeśli ładna miska jeść nie daje, to na pewno z brzydką żenił się nie będę więc poszedłem do seminarium 😉 Zazwyczaj wtedy następuję salwa śmiechu. A tak na poważnie, ON jeden wie jak było z tym powołaniem.
Dziś Jezus w Ewangelii powołuje do kapłaństwa. To ON wybiera. ON szuka. Kogo chce. Nie według kryteriów tego świata. On ma jedno kryterium: miłość. I albo ktoś na tę miłość odpowiada albo nie. Każde powołanie jest tajemnicą, pewną intymnością między Powołującym a powołanym. Kapłan jest widzialnym znakiem NIEWIDZIALNEGO. Ma niesamowitą “władzę” od samego Boga.
Każdego dnia dzięki składam Bogu za moje kapłaństwo. I oddaję JEMU wszystko co mam i czym jestem.

wyschnięte serce…

Opublikowany

Był tam człowiek, który miał uschłą rękę. A śledzili Go, czy uzdrowi go w szabat, żeby Go oskarżyć. On zaś rzekł do człowieka, który miał uschłą rękę: Stań tu na środku! A do nich powiedział: Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego czy coś złego? Życie ocalić czy zabić? Lecz oni milczeli. Wtedy spojrzawszy wkoło po wszystkich z gniewem, zasmucony z powodu zatwardziałości ich serca, rzekł do człowieka: Wyciągnij rękę! Wyciągnął, i ręka jego stała się znów zdrowa. A faryzeusze wyszli i ze zwolennikami Heroda zaraz odbyli naradę przeciwko Niemu, w jaki sposób Go zgładzić.

Nie dali Mu spokoju… Wstrętni faryzeusze. Co oni od niego chcieli? Dlaczego szukali dziury w całym? Przecież tyle dobra się działa dzięki Niemu. Tylu ludziom przyniósł nowe życie. Oni to widzieli na własne oczy. Jednakże problem w tym, że wyschło ich serce. Byli bardziej chorzy od tego z uschniętą ręką. Bali się tego “zamieszania” wokół Jezusa. Chcieli być poprawni, urzędowi, “tradycyjni”, zamknięci w schematach, w dziwnym uporze. A tu nagle jakieś nowości… To, co mówi papież Franciszek: “Chrześcijanie, którzy są uparci w tym, że «zawsze tak się robiło», że taka jest ścieżka, że taka jest droga – grzeszą! Grzeszą wróżbiarstwem. To tak jakby szli do wróżki. Ważniejsze jest to, co zostało powiedziane i nie zmienia się, to co sam czuję moim zamkniętym sercem, aniżeli Słowo Pana. Upór jest także grzechem bałwochwalstwa. Chrześcijanin, który się upiera, grzeszy bałwochwalstwem! «A jaka jest droga, Ojcze?». – «Otworzyć serce na Ducha Świętego, rozeznać, jaka jest wola Boża».
“Jeśli masz serce zamknięte na nowości Ducha, nigdy nie dojdziesz do pełnej prawdy! I twoje życie chrześcijańskie będzie pół na pół, będzie życiem połatanym, pocerowanym nowymi rzeczami, ale opierającym się na konstrukcji, która nie jest otwarta na głos Pana. To serce zamknięte.” Dla Boga najważniejszy jest człowiek. Bóg otworzył człowiekowi całe swoje serce… Czy to was nie zaskakuje? Człowiek jest w centrum życia Boga. Bóg jest dla człowieka, chce mu służyć, uzdrawiać, uwalniać. Nie tylko przez ręce kapłanów, ale też świeckich charyzmatyków. Czasy w których żyjemy to czasy niesamowitego działania Ducha świętego. Dlatego w tym Duchu działajmy, a dzisiejszych faryzeuszów, którzy są obok nie lękajmy się.