BLOG

Ksiądz Karol Ciesielski

wejścia

Główna|wejścia |Unique

  • ostatnie 24 h: 1 038
  • ostatnie 7 dni : 7 451
  • 30 dni: 31 998
  • teraz online: 2

Dziękuję ci po prostu za to, że jesteś
za to że nie mieścisz się w naszej głowie, która jest za logiczna
za to, że nie sposób cię ogarnąć sercem, które jest za nerwowe
za to, że jesteś tak bliski i daleki, że we wszystkim inny
za to, że jesteś już odnaleziony i nie odnaleziony jeszcze
że uciekamy od ciebie do ciebie
za to, że nie czynimy niczego dla ciebie, ale wszystko dzięki tobie
za to, że milczysz. Tylko my-oczytani analfabeci
chlapiemy językiem.
x Jan TWARDOWSKI

Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – to Izajasz na dziś.

Bóg ma swoje drogi. Dla nas najlepsze, choć czasem kręte. I my mamy swoje drogi. Niestety. I nimi uciekamy od Niego. Daleko. Stąd błądzimy. Bo te drogi w konsekwencji stają się bezdrożami. I prowadzą ku przepaści. Można się nieźle potłuc albo nawet zabić.

Kilka lat temu mój przyjaciel wybrał inną drogą, odszedł, choć był mi jak brat i taki wciąż pozostał. Ale miłość daje wolność, nie trzyma na łańcuchu, nie zmusza… Więc poszedł sobie. Wspieraliśmy się bardzo, rozumieliśmy się bez słów, ufaliśmy sobie. Coś pękło, „ktoś” się do tego przyczynił, „pomógł”w pęknięciu. A pęknięcia zawsze bolą i zostawiają rany. Głębokie. Może tak miało być? Pewnie Bóg miał w tym jakiś plan. Od tamtego czasu nie było dnia, gdybym nie pamiętał o nim w modlitwie. Tylko w taki sposób z nim się spotykałem. I dziś otwieram skrzynkę elektroniczną. Czytam z niedowierzaniem… Długi e-mail z przeprosinami, z połamanym sercem i prośbą o spotkanie oraz modlitwę z nałożeniem rąk. Jest załamany, zostawiła go dziewczyna, miał być „za chwilę” ślub… Pisze, że to jego druga największa strata obok przyjaźni. Ale ma Boga w sercu, więc się nie martwię, dobrze, że go nie stracił, a i przyjaźń można odbudować. Nic straconego. Wszystko można wyprostować. Wskrzesić. Tchnąć nadzieję. Cieszę się, Bóg wysłuchuje modlitw, ale nie od razu, czasem trzeba lat.

Przyjaciel to takie światło na naszej drodze…  Bez niego ciemno w życiu. A nie warto żyć w ciemności, szkoda życia. Przyjaciel, jak to ujął Arystoteles , to jedna dusza w dwóch ciałach. Wszystkie wielkości świata nie są warte dobrej przyjaźni. I widać, że stara przyjaźń nie rdzewieje… Ważne, że człowiek potrafi dostrzec błędy i wyciągnąć z nich wnioski, nawet po latach. I tak aż do śmierci. Byle nikogo nie skreślać i nie palić mostów. Bóg mówi: daj szansę, nie myśl, a po co, przecież nie warto. Tam gdzie jest drugi człowiek, tam zawsze warto…

Mój ksiądz. Niezastąpiony. Wyjątkowy. Ktoś więcej niż znajomy. Przyjaciel. Jest ze mną „od zawsze”. Myślę tu oczywiście o księdzu Jerzym Popiełuszce, który był nadzwyczajny w swojej zwyczajności. Nie miałem jakiegoś wielkiego kontaktu z księżmi jeżeli chodzi o powołanie, ale był On, po tamtej stronie. To ks. Jerzy kształtował moje powołanie, był przewodnikiem. Ile to wieczorów z Nim przegadałem, ile modlitw za Jego pośrednictwem zanosiłem, wie On sam i Bóg. I tak zostało do dziś. Jego wielki obraz wisi w moim pokoju. Relikwia z sutanny w kieszeni mojej sutanny, blisko serca. Gdyby nie On, kto wie czy miałbym dziś na sobie sutannę…

Dziś czytam w internecie, że o godzinie 11 Mszą świętą w klasztorze Sióstr Anuncjatek w miejscowości Thiais we Francji, rozpoczął się proces kanonizacyjny błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki. Chodzi o nadprzyrodzone, niewytłumaczalne medycznie uzdrowienie 56-letniego Francuza, który chorował na rzadką odmianę białaczki.

Oto fragment świadectwa: 56-letni François Audelan, ojciec trzech córek, od 11 lat był chory na nietypową przewlekłą białaczkę szpikową. Przebywał w szpitalu im. Alberta Cheneviera. Nie pomogły stosowane wcześniej chemioterapie ani przeszczep szpiku kostnego. W listopadzie 2011 r. nastąpiło gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia, utrudniające już samodzielne chodzenie. W sierpniu 2012 r. chory znalazł w ostatnim stadium choroby, tracił przytomność. Lekarze oznajmili żonie, że nie ma dla niego ratunku, gdyż komórki rakotwórcze rozprzestrzeniły się w całym organizmie. Dnia 14 września 2012 roku do chorego został zaproszony kapłan ks. Bernard Brien celem udzielenia mu sakramentu chorych. Kapłan nieco wcześniej nawiedził grób bł. Jerzego Popiełuszki, zapoznał się z jego życiem i skonstatował, że ma tę samą datę roku i dnia urodzin co ks. Popiełuszko. Po powrocie stał się gorliwym propagatorem kultu bł. Popiełuszki. Po udzieleniu choremu sakramentu chorych, kapłan ten wyjął obrazek błogosławionego i modlił się nad chorym, który był nieprzytomny. Gdy kapłan odszedł, chory otworzył oczy i obecną przy nim żonę zapytał: “Co się stało?”. W ciągu kolejnych dni przeprowadzono wiele bardzo szczegółowych badań. Nie stwierdzono śladów białaczki. Chory został wypisany do domu. Wrócił do rodziny. Powrót do pełni zdrowia potwierdza wypis ze szpitala, z datą 7 grudnia 2012 r.

A więc pewnie już niebawem Kościół ogłosi, albo raczej potwierdzi świętość ks. Jerzego. Jak się nie cieszyć?

Czuwaj Przyjacielu nad Ojczyzną naszą. Czuwaj nad przygotowującymi się do kapłaństwa, czuwaj nad kapłanami. Byśmy byli blisko ludzi jak Ty. Byśmy pokochali Prawdę. Czuwaj nad mną bym był świętym kapłanem, tak jak Ty…

Stasiu urodził się w bardzo bogatej i wpływowej rodzinie, a więc nigdy nie brakowało mu pieniędzy. Jednakże nie to było dla niego najważniejsze i nie to dawało mu szczęście. Był chłopakiem, który już od wczesnej młodości czuł, że jest powołany do życia zakonnego. Bóg nie dawał mu spokoju, ponieważ to On chciał być jego jednym szczęściem. Nie zniechęcił go  sprzeciwy rodziców, którzy zakazali mu by wstąpił do zakonu, nie złamały go też uśmieszki i szyderstwa rówieśników, mimo tych przeciwności oddawał się cały modlitwie i pokucie. Uciekł z domu i został wkrótce przyjęty do rodziny jezuickiej. Nie pożył długo, bo tylko 18 lat, zachorował na malarię i zmarł. Był wielkim  czcicielem Matki Bożej umarł z różańcem w dłoniach w wigilię święta Wniebowzięcia. To wszystko działo się w XVI wieku.

I XXI wiek.  Rozglądam się i szukam takich „Stasiów”.  I jest ich trochę. W seminariach. Myślących o seminarium. Podziwiam ich zapał i miłość. Widzę, że nie wstydzą się nosić krzyżyka, mówić o wierze, chodzić na religię, nie wypisują się z powodu wysokiej poprzeczki, angażują się w życie parafialne. Robią coś więcej ponad przeciętność. To cieszy. Niesie nadzieję. To nie znaczy jednak, że nie mają pod górę… W szkole, klasie, spotykają ich nieraz głupie uśmieszki, nie tylko ze strony rówieśników, ale i nauczycieli a także rodziców. Nie przejmują się zbytnio tym. Słyszę nawet też głosy rodziców (tych, którzy są blisko Kościoła), że nigdy nie pozwolą synowi by zmarnował się jako ksiądz… No cóż. Szkoda, że marnują na te „nie pozwolenia” czas. Bo z Bogiem się i tak nie wygra. On trzyma wszystko w „garści”.

Stasiu to patron młodzieży. Różnie się o niej dzisiaj mówi. Często powtarza się słowa, że młodzież jest zła. Nie wierzę wam. To kłamstwo. Nie ma złej młodzieży, jest tylko czasem zagubiona młodzież. Ale po to maja nas, byśmy pomogli im się odnaleźć. Dzisiaj modlę się za moją młodzież z Gniewina i z Owidza. Zawsze mam ich w sercu. I trzymam za nich kciuki na różańcu. To dobre dzieci. Uwierzcie mi. Ilu tam takich współczesnych  „Stasiów”, i dziewczyn i chłopców. Jest nadzieja! Jest radość.

Przyszedł bowiem Jan Chrzciciel: nie jadł chleba i nie pił wina; a wy mówicie: Zły duch go opętał. Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije; a wy mówicie: Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników.

Przewrotność ludzka nie zna granic. Któż z nas tego nie doświadczył? Jak mówi przysłowie: „Jeszcze się taki nie narodził, który by każdemu dogodził”. To prawda. ŚWIĘTA PRAWDA. A „dogadzać” mamy Panu Bogu, nie komu innemu. W jaki sposób? Świętym, prawym i szczerym życiem. Oddaniem. Nieobłudną i niezazdrosną miłością.

Choć często staramy się i wkładamy wiele serca w to co, robimy to często i tak będziemy skazani na „gadanie”, krytykę. Ludzie GADALI, GADAJĄ I BĘDĄ GADAĆ! Będą chlapać jęzorem na różne strony i będą wygadywać różne rzeczy. Będą innych przekonywali, że my wcale nie jesteśmy tacy na jakich wyglądamy. Po co? Żeby zniszczyć relacje, zabić przyjaźń. Może zazdrości? Z zawiści? Nie wiem. Tacy ludzie sieją zamieszanie i śmierć . Mącą w głowach i sercach. Cokolwiek byśmy nie zrobili, to i tak będzie źle i tak niedobrze… Ludziom takiego pokroju nie dogodzisz. I nawet nie próbuj. Szkoda twojego cennego czasu i życia. Jednak nigdy nie odmawiaj im modlitwy. Bo ona może ich nawrócić. Ich przewrotne serce może skruszyć.

Cokolwiek Jezus czynił, spotykało się z oporem ludzi, a często również z postawą odrzucenia. Nie bójmy się odrzucenia spowodowanego przewrotnością. Ono jest wpisane w nasze życie. My odrzucajmy jedynie grzech i zło. Nigdy człowieka…

I papież Franciszek: “Najpierw w jakiejś wspólnocie powiada się: «Jakiż wspaniały jest ten, który do nas przyszedł!». Mówi się o nim dobrze pierwszego dnia, drugiego mniej, a trzeciego zaczynają się bezlitosne plotki. Źródłem tego złego postępowania jest zazdrość, brak miłości, rozwijająca się nienawiść. To diabeł sprawia, że ktoś mówi źle o innych (…) Przyzwyczailiśmy się do gadulstwa, do plotek, a nasze wspólnoty czy rodziny są często miejscami, gdzie brata lub siostrę zabija się językiem. Przez wyrażaną naszym językiem nienawiść stajemy się zabójcami.” JESTEŚ takim ZABÓJCĄ?